Wojciech Mickunas – Crazy (Patsy Cline cover)

Wojciech Mickunas opowiedział nam o sobie w trakcie przerwy w jednej z sesji nagraniowych. Poprosiliśmy o nie rozwijanie tematów związanych z końmi i hippiką. Było ciężko – konie i jeździectwo to wielka pasja Pana Wojtka, poświęcił jej całe swoje zawodowe życie, ale udało się. Przeczytaj słów kilka o muzyce i muzykowaniu w jego życiu.

„Konie to moja największa pasja. Mój ojciec był przed wojną oficerem zawodowym i instruktorem, tuż przed wojną trenerem kadry narodowej i tradycje hippiki były w domu tak silne, że nie sposób było uniknąć zaangażowania w tę dziedzinę. Byłem na trzech olimpiadach, najpierw jako zawodnik a potem jako trener, relacjonowałem też kolejną olimpiadę jako komentator w Telewizji Polskiej.

Ale pierwsza była muzyka. Zaczęło się w podstawówce, miałem tam kolegę bardzo uzdolnionego muzycznie, on mnie do muzykowania zachęcał i z nim zacząłem swoją przygodę z muzyką. Nawet się zapisałem do ogniska muzycznego, ale nie chciało mi się ćwiczyć etiud, nie pasował mi narzucany tam repertuar i szybko mnie stamtąd wyrzucili.

Grałem wtedy najpierw na banjo w naszym zespole grającym jazz tradycyjny a później, kiedy nadeszła era Beatlesów i bigbitu, w drugim zespole, tym razem na własnoręcznie zrobionej gitarze elektrycznej z przystawkami zrobionymi z prostokątnych pudełek po lekarstwach Akron. Oczywiście także śpiewałem w obydwu zespołach.

Zespół bigbitowy kontynuował działalność także przez pierwsze lata ogólniaka ale w połowie drugiej klasy wyjechałem za końmi. Potem śpiewałem i grałem okazjonalnie, zasadniczo tylko dla siebie, czasami na imprezach ogniskowych.

W latach 70-tych, na mistrzostwach Europy w Kijowie, na imprezie zorganizowanej po zawodach zdarzyło się, że ok. 22:00 przygrywająca nam kapela zwinęła się na polecenie organizatorów, a towarzystwo chciało bawić się dalej. Prosiliśmy muzyków, żeby jeszcze trochę pograli, ale bez powodzenia, to była komuna jeszcze wtedy, rozkaz to był rozkaz. Musieli przestać grać, ale ulegli naszym prośbom i zostawili swoje instrumenty. Jakiś Niemiec grał na fortepianie, ja złapałem kontrabas – graliśmy całą noc.

Kiedy byłem trenerem kadry narodowej, tak w początku lat 80-tych, pojechaliśmy na mistrzostwa Europy. Po zawodach odbyła się wspólna kolacja w dużej sali, grała jakaś kapela. Zagrali coś, co ja akurat znałem. Zapytałem, czy mogę dołączyć i zaśpiewać tę piosenkę. Oni tylko grali, nie mieli wokalisty, więc, choć bez okazywania entuzjazmu, ale jednak się zgodzili. Z niepokojem spoglądałem na nich kątem oka, jak też oni reagują na moje wokalne wyczyny. Ich nieufność nie trwała długo, chyba im się spodobało jak śpiewam. Kiedy skończyłem, zaczęli do mnie mówić „maestro” i nie chcieli wierzyć, że ja jestem jednym z tych od koni.

Próbowałem też grać na keyboardzie mojej córki kiedy uczyła się w warszawskiej Szkole Muzyki Rozrywkowej i Jazzu ale najbardziej mnie cieszy wynalazek karaoke. To jest super, że można sobie pośpiewać do oryginalnego podkładu, że te podkłady są tak dostępne. Jasne, że wolałbym śpiewać z oryginalną muzyką, z żywymi muzykami. Chętnie dołączyłbym do jakiegoś zespołu. Rozglądam się wokół ale bez powodzenia, jak dotąd, nie udało mi się znaleźć partnerów chętnych do wspólnego działania.

A na razie zmajstrowałem sobie w domu małe studio i sobie śpiewam. Jakiś mikrofon, wzmacniacz wokalny i gitarowy, ale ciągle mi się marzyło, żeby się sprawdzić i posłuchać w profesjonalnym nagraniu i stąd moja wizyta w Best Cover Live.”

Jak wiemy, po sesji nagraniowej Best Cover Live pojawiły się już jakieś propozycje. Niestety, występów solowych, ale trzymamy zatem kciuki za znalezienie zespołu akompaniującego i za dalszy rozwój muzyczny Pana Wojtka Mickunasa. Oraz, ma się rozumieć, za pierwsze kontrakty.

 

 

Dodaj komentarz